Napisane przez: Martin | 06/09/2015

O pustelniczym monastycyzmie.

image

Atoska cela pustelnika. 1500 m n.p.m.

Znany chyba każdemu prawosławnemu przyszły platiński pustelnik ojciec Serafin (Rose,) postanowił brać przykład ze świętych ojców pustyni. Jaki z nich można brać przykład? On uczynił tak jak wspomniani dawni ojcowie monastycyzmu – wyjechał w oddalone miejsce, z dala od ludzi i tam założył swoją pustelnię. Z czasem wokół niego zaczęli zbierać się ludzie mający z nim wspólny interes – zbawienie poprzez trud mniszego samotnego życia współukrzyżowania się dla Chrystusa i w Chrystusie. Podobnież uczynił i nasz śp. metropolita Cyprian (Oroposki i Filijski), porzucił wszystko i odszedł w pustynne miejsce, gdzie zamierzał samotnie żyć w poście i w modlitwie do konać swych dni. Prawdziwych pustelników spotkałem również i na świętej Górze Atos, a dokładniej w jej trudno dostępnej części zwanej Karulią. Znamiennym jest że owych pustelników-zelotów atoscy neo-mnisi z wielkich euro-monasterów nazywają śmieciarzami, przybłędami, bezdomnymi co jakoby zagubili się na Atosie. W rzeczy samej ich pustelnie poniekąd napominają siedliska ludzi bezdomnych. Bałagan porozrzucanych przedmiotów, skłaniające się ku ziemi prowizoryczne szopy służące za cele. Kilka lat temu spacerując po trudno dostępnych miejscach południowej Warszawy takich jak opuszczone zarośnięte przywiślańskie sady, natknąłem się na opuszczone siedlisko. Drewniane ogrodzenie, z furtką napominające znane malowidła pustelni autorstwa Pawła (Ryżenko). Kilka pomieszczeń krytych słomą, piec ze znalezionych kafli. Dookoła nikogo, może nawet w promieniu kilometra. Mieszkańca tego miejsca tam już przynajmniej od roku nie było. Może zginął w deszczowy dzień pod szybko jadącym samochodem, zamarzł gdzieś na przystanku autobusowym. A jego opuszczona przywiślańska pustelnia świadczy współczesnym konformistycznym i zabieganym ludziom, że żyć pustelnikiem się da.

Ludzie chcący zbawienia, chcący zostać mnichami czy mniszkami, zadają sobie pytanie: „co mam zrobić aby zostać mnichem?”. Zazwyczaj tacy myślą, że ku temu wystarczy wstąpić do jakiegoś monasteru. Ostatecznie nigdzie nie wstępują, żyją całe życie nie wiadomo jak. Bywa też i gorzej, wstępują do pierwszego lepszego monasteru, który grzebie ich wizję monastycyzmu, tworząc z takich mnichów przebierańców, puste duchowo wydmuszki. Ojciec Serafin Rose zdawał sobie sprawę o takim niebezpieczeństwie, dlatego nie poszedł do monasteru na Świętej Górze Atos czy do jednego z monasterów Ameryki.

image

Znałem kiedyś człowieka na Podlasiu, który na wsi żył jak prawdziwy mnich. Nie miał on mniszych postrzyżyn, tym nie mniej nazywał siebie mnichem (poświęcę jemu oddzielny artykuł). Był on dobrym przykładem tym, co chcą być mnichami a nie wiedzą jak to zrobić. Chcesz żyć jak mnich – zacznij już teraz. A kto ciebie podstrzyże na mnicha to już nie jest aż tak ważnym. Pierwsi ojcowie monastycyzmu w ogóle nie posiadali postrzyżyn. Tak na przykład kto podstrzygł świętego Antoniego Wielkiego, nazywanego ojcem wszystkich mnichów? Odpowiedź: nikt. Aby być mnichem nie trzeba formalizmu – murów monasteru uznanego przez miejscowego biskupa. Jak również nie potrzeba otrzymać z biskupiej kancelarii mniszego paszportu – zaświadczenia o byciu mnichem. Sam biskup nie może nikogo pozbawić stanu mniszego, to już nie jest w jego kompetencji. Oddzielnym tematem jest, od kogo przejąć duchową sukcesję monastycyzmu, gdzie znaleźć nauczyciela i prawdziwego ojca duchowego.

Kilka dni temu (5 września 2015 r.) kolejnym spotkanym przeze mnie pustelnikiem był brat Grzegorz z Melsztyna (80 kilometrów od Krakowa w stronę Rzeszowa). O nim w Internecie można znaleźć dość dużo filmów i artykułów. Za bogobojność został on wyrzucony z pobliskiego katolickiego klasztoru. Nie załamał się, nie stał się ateistą, nie założył rodziny porzucając swe śluby, lecz z pokorą przyjmując wygnanie odszedł i zbudował na zboczu zamkowej góry małą celę. Nie był tam pierwszy, tuż obok niego swą celę miał już brat Marian.

image

Podchodząc do małego, opierającego się o pień drzewa, domku-celi swą uwagę zwróciłem na nieregularne schodki wyłożone z polnego kamienia, kończące się na ścieżce przy której stoi kilka pieńków i mały prowizoryczny stolik, a tuż obok naszykowane ze zebranych i porąbanych gałęzi drzewo na zbliżającą się zimę. Kilka metrów obok znajduje się ogródek 3 na 10 metrów. Wszystko to takie proste, zroione własnoręcznie. Przed oczami stanął mi jak żywy opis autorstwa protoijereja Walentina Swiencickiego („Obywatele Nieba”) o kaukaskich pustelnikach żyjących na początku XX wieku.

Stukam do drzwi. Cisza, może wyjechał. Czekam cierpliwie. Słychać stukot, po czym drzwi się otwierają a przede mną staje chudy posturą, zarośnięty człowiek, tak napominający prawosławnych pustelników. Rozgościwszy się w jego kuchni – wspomnianych wyżej pieńkach przy ścieżce, rozpoczynamy rozmowę, która trwała i w spowitej ciemnością nocy, gdzie on nie widział mej twarzy ani ja jego. Rozmawialiśmy głównie na temat monastycyzmu, jego współczesnej formie. Przykładach współczesnego życia pustelniczego w Grecji, Atosie i w Platinie. O nadchodzącym nieuchronnie końcu świata i jego coraz jawniejszych oznakach. O roli postu dla duszy człowieka, o wielkim braku braterskiej miłości wśród ludzi, wśród zakonników. Z zaciekawieniem wysłuchał mych opowieści o pustelniach w Sarowie, w Fili i w Platinie.

image

Brat Grzegorz ze szczegółami opowiedział jak przebiega jego życie w tym miejscu. Zaproponował mi również przenocowanie w namiocie. Pożegnaliśmy się upraszając jeden drugiego o modlitwę.

Choć istnieje pomiędzy nami wspólne umiłowanie życia pustelniczego, to jednak na żal odczuwało się swego rodzaju duchową przepaść pomiędzy bogatym duchowo i tradycją prawosławiem a płytkim, chłodnym i ubogim, oraz nierozwiniętym duchowo katolicyzmem. Ze spotkania wyniosłem kilka ważnych lekcji, z których najważniejszą jest, że i dziś da się przeżyć w trudnych warunkach.

image

Wielu współcześnie mnichów boi się stanąć w obronę świętej wiary prawosławnej, obawiając się prześladowań, pozbawienia miejsca w monasterze. Braku środków do życia. Szykan ze strony hierarchów, kapłanów-kolegów. Dziś mała wiara jest główną przyczyną upadku monastycyzmu, prawosławia w Polsce. U świętego Teodora Studyty w jednej z jego homilii znaleźć można jak święty wspomina o wielokrotnym przymusowym opuszczeniu cel swych monasterów, o długim przebywaniu jako wygnańcy na pustkowiach pod odkrytym niebem. Jego bractwo liczyło kilkuset mnichów! I ci wszyscy mnisi ze względu na obronę wiary żyli w niedostatku z dala od pięknych cerkwi i swymi rękami wybudowanych schronień – cel. Brat Grzegorz z Melsztyna jest jednym z takich mnichów którzy nie załamali się, nie ugięli się, nie poddali się przeciwnościom losu. Było by u nas w Polsce kilku takich odważnych i gotowych na wszystko mnichów i może kondycja prawosławia byłaby inna. Gdyż amplituda duchowości prawosławia zależy nie tyle co od ilości mnichów, jak od ich duchowego stanu i rozwoju, a z tym w Polsce delikatnie mówiąc nie jest najlepiej. Mówi się, że tam Cerkiew gdzie jest prawdziwy monastycyzm. Może w tym braku fundamentu Prawdy Bożej i błogosławieństwa Bożego leży cały nasz problem.

 

l. Marcin Piekarski

Advertisements

Responses


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: